Rozdział 1 | Fragment
– Widziałaś… – Jacek przełknął kęs. – …te klucze?! – zawołał, biegając w popłochu między pokojami.
– Przecież ty wczoraj wróciłeś pierwszy! – krzyknęła z dołu Róża, siłując się ze sznurowadłami. – Sprawdź w kieszeniach.
Wbiegła w jednym bucie do kuchni i upiła łyk zimnego mleka z kartonu. Dłonią otarła usta. Wróciła do przedpokoju, po czym na kolanach zaczęła wyrzucać z szafy zawartość półki z obuwiem.
– Gdzież ten przeklęty but? – mruczała pod nosem z głową w szafie.
Nagle rozległ się tupot męskich buciorów. Stare dębowe schody nie były zadowolone tym faktem. Skrzypiały na całego. Z szafy dobiegł odgłos uderzenia czołem w półkę, a tuż po tym piskliwy głos zawołał:
– Ałaaa! Co się dzieje?
Róża zmarszczyła piegowaty nos w grymasie bezradności, po czym wygramoliła się z szafy i potarła dłonią obolałe miejsce. Kątem oka dojrzała brata. Ten z pękiem dzwoniących kluczy, zbiegał ze schodów po dwa stopnie. Zostały mu jeszcze trzy. Z reguły brał je na raz. Pech chciał, że nie tym razem. W momencie lądowania na podłodze, a raczej na ukrytej pod dywanikiem przeszkodzie, chłopak stracił równowagę i gruchnął jak długi. Dziewczynka się skuliła. Kanapka z żółtym serem i kropką ketchupu, którą Jacek trzymał w drugiej ręce, przeleciała nad jej głową, by ostatecznie zatrzymać się na ścianie i, zostawiając na niej kleksa, ześlizgnąć się na podłogę.
– Rany Julek! Co ty odwalasz? Żyjesz? – zaniepokoiła się.
– Tak jakby… – stęknął i powoli podniósł się na kolana.
– Cały jesteś?
– Yyyy. – Skinął głową.
Przeszedł na czworakach w kierunku schodów. Włożył dłoń pod filcowy dywanik.
– Trzymaj. – Rzucił gumową zabawką w kształcie kości.
– Ooo.
Usiedli na podłodze. Zapadła cisza. Każde błądziło we własnych myślach.
– Znowu się spóźnimy – poinformował Jacek z rezygnacją w głosie.
– Znowu za późno zebraliśmy się do wyjścia.
– A jaka to różnica? – sapnął i się podniósł. Wygiął plecy, naciągnął ręce. – Dobra. Idziemy – jęknął obolały.
– Nigdzie nie idziemy. Jeszcze się nie ubrałam.
– Za pięć minut zaczynają się lekcje. Nie możemy znowu się spóźnić – powiedział, zakładając kurtkę. – W tym tygodniu udało nam się to aż cztery razy. Pobiliśmy nasz rekord.
Zerknął nerwowo na stary zegar w salonie. Zarzucił niedomknięty plecak na jedno ramię, a wełniany szal okręcił byle jak wokół szyi.
– Bro. Tylko dlatego, że jest piątek – wyjaśniła spokojnie, po czym przypomniała sobie: – Ale ja nie mam
buta…
– To tylko trzysta metrów. Dasz radę, sis. – Nie zamierzając dłużej czekać, otworzył drzwi na oścież, aby
wsunąć największy z kluczy do zamka od zewnętrznej strony.
– Żartujesz? – Zaplotła dłonie na piersiach. – Ja nigdzie nie idę. – W ramach protestu zmarszczyła groźnie
brwi.
Agnieszka Żarecka, W pogoni za wczoraj, str. 7-9, Wydawnictwo Agnieszka Żarecka Szkolenia Doradztwo Rodo