Rozdział 1 | Fragment
– Ej… Zostaw ją w spokoju. Nie popychaj jej…
Niewyraźne, stłumione słowa odbiły się cichym
echem od ścian szkolnego budynku. Zakrzyczane
wyrazami siły, a nawet agresji, pozostały bez reakcji.
Przerażony chłopak patrzył zza filaru, jak grupa
dziewcząt wyśmiewa się z młodszej, a na pewno
mniejszej od nich uczennicy. Widział, jak wyrzucają
całą zawartość jej tornistra na posadzkę, nie przejmując
się konsekwencjami.
– Coś ci wypadło z plecaczka – odezwał się piskliwy
głos.
– Ojojoj, jaka szkoda – westchnęła jedna z dziewczyn,
a pozostałe zrobiły usta w dzióbek i kiwnęły
głowami z przesadną troską.
– Co to za bałagan? Skąd to się tutaj wzięło? – rzuciła
kolejna osoba, kopiąc przybory szkolne i podając
je po ziemi do sąsiadki.
Dotychczasowe słowa poniżenia i gesty agresji
okazały się niewystarczające. Grupa starszych dziewczyn
przeszła do kolejnego etapu.
– Co tak stoisz, młoda?
– Poruszaj się trochę! Dobrze ci to zrobi!
Agresorki otoczyły swoją ofiarę ciasnym kręgiem
i na zmianę ją popychały. Ta bezwiednie odbijała się
jak piłeczka tenisowa, raz od jednej, a raz od kolejnej
z dziewczyn. Broniąc się bezradnie przed upadkiem,
machała rękami, co jeszcze bardziej podsycało złośliwość
jej nieprzyjemnych towarzyszek, które bawiły
się w najlepsze. Na zmianę szturchały łokciami drobną
dziewczynę, ostatecznie coraz groźniej ją popychając.
– Wyżej rączki, moje dziecko – przedrzeźniały ją na
zmianę.
Młodzieniec bał się, że ofiara ataku zaraz się przewróci
i zrobi sobie krzywdę. Dziewczyna bez słowa
kręciła się w kółko, coraz częściej potykając się
o własne nogi. Przydepnięte i ostatecznie rozwiązane
sznurowadło stanowiło dodatkowe utrudnienie. Chłopak
miał wrażenie, że pokrętne ruchy, które wykonywała,
zaplatają jej dolne kończyny do tego stopnia, że
już nigdy nie da się ich rozplątać.
Z każdym kolejnym szturchnięciem niewinnej
uczennicy narastał w nim wewnętrzny sprzeciw. Nagle
wyrwał się z letargu. Potrząsnął głową i poklepał
się po policzkach. Mimo że jeszcze przed chwilą stał
jak słup soli, wyszeptał sam do siebie:
– Stop. Nie zgadzam się na poniżanie drugiej osoby. –
Słowa te dodały mu trochę animuszu. Powtórzył je
dwukrotnie, a następnie nabrał powietrza w płuca.
Wypuścił je z ulgą i policzył do trzech: – Raz. – Wychylił
się zza filaru. – Dwa. – Zrobił krok do przodu. – Trzy. –
Wyszedł z cienia i donośnym głosem zwrócił się do
agresorek: – Dość! Przestańcie!
Stanowczy sprzeciw nie uszedł uwadze dziewczęcej
bandzie. Zaskoczone uczennice zatrzymały się
w pół kroku. Wrogie spojrzenia rysowały się na młodych
twarzach.
Zapadła cisza.
– Coś ty za jeden? Czego chcesz? – zapytała dziewczyna
w spódnicy w czerwoną kratę.
Antoni Zakrzewski czekał spokojnie na rozwój
sytuacji. Stał na pozornie wyprostowanych, ale gotowych
do ucieczki nogach. Jego wysoki wzrost robił
wrażenie. Wpadające przez rustykalne okno promienie
zachodzącego słońca rzucały niekończący się cień.
Niewinne sto siedemdziesiąt centymetrów przybrało
monstrualne rozmiary.
Wciąż oszołomiony całą sytuacją obserwator usłyszał
jak z zaświatów.
– Ty, młody! – ryknęła prześmiewczo tubalnym
głosem najwyższa z bandy. – Lepiej się nie mieszaj!
Skórzana czarna kurtka, czarne kreski pod oczami
i równie czarna szminka na małych ustach nie pozostawiały
wątpliwości, kto tutaj dowodzi.
Chłopak się nie poddawał.
– Powiedziałem: zostaw ją. – Donośniejszy głos
brzmiał pewniej niż za pierwszym razem.
Jak powiedziałem A, to wypadałoby powiedzieć B – dorzucił
w myślach.
Agnieszka Żarecka, “Magia asertywności” , strony 9-11